Nondualizm

Kurs Cudów · nondualizm · przebaczenie

Kategoria: Wprowadzenie do Kursu

  • Ken Wapnick – Kurs Cudów jako wyróżniająca się ścieżka duchowa

    Zapraszam do obejrzenia i zasubskrybowania naszego nondualistycznego kanału na YT! 🙂

  • Ken Wapnick – Pytania i odpowiedzi

    Z cyklu ludzie pytają, Ken Wapnick odpowiadał.

    Pyt. #281: Moje pytanie dotyczy odpowiedzialności. Rozumiem, że jestem odpowiedzialny za to, co myślę, i że wybierając w zgodzie z ego, urzeczywistniam świat. W tekście Kursu Cudów, rozdział 5, sekcja V, Wykorzystanie winy przez Ego, akapit 7: „Wina jest nieunikniona dla tych, którzy wierzą, że zarządzają swoimi myślami… To sprawia, że czują się odpowiedzialni za swoje błędy, nie rozpoznając, że przyjmując tę odpowiedzialność, reagują nieodpowiedzialnie”. Proszę o wyjaśnienie.

    Po drugie, co do tworzenia świata… Rozumiem, pojęcia czynić świat rzeczywistym, czy błąd rzeczywistym, ale dosłowne tworzenie świata fizycznego jest trudne do ogarnięcia doświadczalnie. Jeśli jestem zdenerwowany, że jakiś inny samochód uderzył w mój samochód w wypadku, to czy jestem odpowiedzialny za urzeczywistnienie tego przez zdenerwowanie, czy też jestem odpowiedzialny za urzeczywistnienie wypadku, żebym miał na co zwalić swój gniew. Dla wyjaśnienia, wychodzę i znajduję pretekst do bycia zdenerwowanym, lub dosłownie sprawiam, że pretekst się zdarza. Czy to ja spowodowałem, że ten samochód uderzył w mój samochód, czy po prostu używam tego zdarzenia jako wymówki, aby być zdenerwowanym, zamiast wybrać spokój, patrząc na cały wypadek z Duchem Świętym.

    Odp.: Aby zrozumieć odpowiedzialność w rozumieniu Kursu Cudów, trzeba najpierw zrozumieć, do kogo Kurs się zwraca. Jezus nigdy nie mówi do jaźni, za którą się uważamy, tej żyjącej w świecie. To „ja” nie ma mocy, by cokolwiek zrobić, ponieważ jest tylko efektem myśli w umyśle. I to właśnie do umysłu skierowany jest Kurs. Właśnie tego rozróżnienia Jezus dokonuje we wczesnym fragmencie tekstu, kiedy w kontekście naszej nauki uzdrawiania naszej percepcji i ostatecznego uświadomienia sobie, że „wszelka percepcja jest niepotrzebna”, zauważa: „Możesz zapytać, jak to jest możliwe, dopóki wydaje ci się, że żyjesz na tym świecie. To jest rozsądne pytanie. Musisz jednak uważać, by naprawdę je zrozumieć. Kim jest ten „ty”, który żyje w tym świecie?” (T.4.II.11:3,5,6,7,8;). Ponieważ, jak Kurs stwierdza wielokrotnie w Lekcji 132, „nie ma żadnego świata” (W.pI.132.5:1,6:2,7:1,10:3,13:1), nie może istnieć żadne „ty”, które żyje w tym świecie. Istnieje tylko umysł, w którym zawarty jest świat pozorny. Doświadczamy tego, kiedy budzimy się z sennego marzenia i rozpoznajemy, że zdawał się istnieć kompletny świat, w którym poruszaliśmy się i działaliśmy, a jednak zarówno świat, jak i jaźń, za którą uważaliśmy się podczas snu, pozostawały całkowicie wewnątrz śniącego umysłu.

    Aby zrozumieć naukę Kursu na temat odpowiedzialności, ważne jest, aby pozwolić na zmianę w naszym postrzeganiu tego, kim jest to odpowiedzialne „ja” – jest to umysł, a nie ciało. Na początku możemy to rozumieć tylko intelektualnie, ale pomocne jest, by przynajmniej chcieć zacząć od tego. A zatem, rozważając cytowane przez Ciebie wersy Kursu: W tym konkretnym akapicie Jezus używa słowa odpowiedzialny, a w znaczeniu ego – winny. Wierzymy, że naprawdę możemy myśleć poza Bogiem i porządkować nasze myśli niezależnie od Niego, a następnie przyjmujemy odpowiedzialność lub winę za to, że to zrobiliśmy, nigdy nie kwestionując prawdziwości naszej wiary, że możemy oddzielić się od Boga. I sami, bez Bożej pomocy, nie możemy uciec od strasznego ciężaru tej odpowiedzialności, ponieważ nie możemy sami zakwestionować jej realności. I tak przyjęcie odpowiedzialności za grzech jest akceptacją kłamstw ego, a tym samym działaniem nieodpowiedzialnym. Jezus nie prosi nas, byśmy zaprzeczali, że to nasza własna decyzja przynosi doświadczenie winy (T.5.V.8:1), ale nie chce, byśmy wiązali winę lub poczucie winy z tym wyborem, bo inaczej nie uwierzymy, że można go cofnąć.

    Jeśli chodzi o to, jak mogliśmy stworzyć świat i wszystko, co wydaje się w nim dziać, pamiętaj, że to nie „ja”, za które się uważasz, ale umysł Syna, którego wszyscy jesteśmy częścią, jest odpowiedzialny za zasypianie i śnienie o świecie oddzielenia. I znowu, to, że umysł ma moc wymyślania świata jest widoczne w naszych sennych marzeniach (T.18.II.5). Mimo to, nie jest to zazwyczaj najbardziej pomocna perspektywa, z której można rozpatrywać wydarzenia naszego życia, w tym takie rzeczy jak „wypadki” samochodowe. Skupianie się na tym, jak wybieramy wydarzenia naszego życia, zwykle nie jest pomocne, ponieważ wybór jest daleki od świadomej świadomości dla większości z nas przez większość czasu, a takie skupienie jest bardziej prawdopodobne, aby wywołać uczucia odpowiedzialności w poczuciu winy, tak jak chce ego.

    Bardziej pomocną i uzdrawiającą perspektywą jest uznanie, że to nasza interpretacja wydarzeń w naszym życiu jest tym, o czym zawsze mamy wybór, w każdym momencie. I podczas gdy wydarzeń nie można cofnąć, interpretacje tych wydarzeń mogą być cofnięte w jednej chwili, jeśli tak zdecydujemy. Nigdy nie denerwujemy się na zewnętrzne okoliczności, ale raczej dokonujemy wyboru oddzielenia i winy w umyśle, a następnie szukamy czegoś zewnętrznego, czemu możemy przypisać nasze zdenerwowanie. To służy celowi utrzymywania nas w stanie bezmyślności(mindless) i poza nadzieją na jakieś prawdziwe rozwiązanie naszej utraty spokoju. Jaźń, o której myślimy, że jesteśmy w świecie, nigdy nie jest przyczyną niczego, więc pytanie, czy wybieramy wydarzenia naszego życia, staje się nieistotne, dopóki postrzegamy siebie jako „żyjących w tym świecie”. Jedynym pomocnym wyborem, z którym należy być w kontakcie, jest nasz wybór sposobu interpretacji tego, co według nas się z nami dzieje. Interpretacja ego jest zawsze taka, że jesteśmy ofiarami i nie jesteśmy odpowiedzialni za to, jak się czujemy. Duch Święty natomiast mówi, że wszystkie wydarzenia w naszym życiu są okazją do nauczenia się dokonywania innych wyborów – uwalniania winy i strachu, zamiast ich wzmacniania.

  • Wywiad z C. Urbańskim – dokończenie

    CU: Tak naprawdę to my się uczymy „chcieć”. Kurs Cudów pobudza nasz apetyt na doznania duchowe. Całe poznanie jest w nas. My tylko musimy zechcieć, dać przeminąć tym wszystkim przeszkodom stojącym na drodze do poznania. Ja przeżyłem to swoja wewnętrzną przemianę po prostu w ten sposób, że się otworzyłem. Podziwiam tych wszystkich ludzi, którzy biorą się za Kurs, a nie mieli tych dramatycznych przeżyć jak ja. Bo to jest trochę jak nauka języka obcego. Niektórzy mają talent i łatwo się uczą a niektórzy nie mają…

    M: Jak sobie radzisz z negatywnymi emocjami gdy się pojawiają? Czy
    zaczynasz dzień jakąś myślą? Jak w praktyce stosujesz nauki Kursu?

    CU: Wszystkie rzeczy, które nam się zdarzają są lekcjami, które Bóg chciałby abyśmy się nauczyli. To do mnie przemawia. Przekonałem się o jednym. Robię po raz kolejny lekcje, to daje mi taką pewnego rodzaju dyscyplinę, której mi ewidentnie brak. W pracy staram się nie zapominać o Kursie i lekcjach przebaczania. Teraz w pracy siedzę na słuchawkach i rozmawiam telefonicznie z klientami z Niemiec. Staram się widzieć każdego dzwoniącego jako brata i to moje pozytywne nastawienie po wielokroć jest w stanie przeniknąć po drutach i wywoływać bardzo często niezwykłe reakcje. Po raz kolejny przekonuję się, że nie musisz się zgadzać z Kursem, wierzyć mu na słowo… po prostu zrób o czym tam jest mowa i niech wyniki cię przekonają. Wczoraj na przykład używałem zdania „Jestem świętym synem samego Boga” i jeśli z takim nastawieniem jestem w życiu codziennym, w pracy i na przykład obieram telefon to myślę o rozmówcy, „jesteś świętym synem samego Boga”, i wtedy, nie wiem jak inni, ale ja czuję to naprawdę głęboko, czuję z tym człowiekiem niesłychaną więź. I to jest piękne, to jest Kurs w działaniu. Dla mnie wszystko jest lekcją przebaczania. Oczywiście, jeśli dzieje się coś złego to „łatwiej” się uczyć przebaczania. Ale powinniśmy pamiętać, że Kurs nie mówi tylko o przebaczaniu rzeczy paskudnych. Kurs uczy nas przebaczania szczególności wszelkiego rodzaju. I pod tym względem musimy przebaczyć, zarówno wspaniałą woń róż, jak i brzydki zapach czegoś tam.. to są różnice, szczególność. Mamy to przebaczyć, a nie patrzeć pod tym kątem, że Bóg stworzył to co piękne, przyjemne i cool w tym świecie a zło, paskudztwa i choroby są od ego. To nieprawda. Bóg stworzył nas jako doskonałość i jako ducha. Duch to jest coś bezwymiarowego, ciągłego, niezmiennego, gdzie nie
    da się wyróżnić żadnej szczególnej części. Trzeba do tego podejść w sposób bardziej abstrakcyjny, ponieważ Boża miłość i Boże tworzenie nie jest szczególne tylko abstrakcyjne. Dzięki temu że miałem na studiach kontakt z naukami ścisłymi łatwiej mi sobie te idee przyswoić.
    Tak naprawdę nie znam swojej tożsamości. Wiem, że jest ona duchowa, ale tego bezpośrednio nie czuję. Czuję tylko to, że gdy skazuję się na ograniczenia cielesne, to w tym momencie umyka mi ta cała wspaniała rzeczywistość duchowa.
    Kurs jest ścieżką pasywną, w tym sensie, że z niczym nie walczymy. Tu mamy po prostu poniechać. Gdy już rzeczywiście poniechamy naszej szczególności, to wtedy duch zajaśnieje pełnym blaskiem.
    Dlatego w Kursie jest mowa o oduczaniu, usuwaniu przeszkód, a temu wszystkiemu służy przebaczanie. Nie musimy składać żadnych ofiar; jeśli by już w ogóle o czymś takim mówić, to na ołtarzu prawdy składamy ofiarę z naszych złudzeń. I wtedy złudzenia przemijają, zostaje niewinność Syna Bożego. Mrok naszych złudzeń jest rozpraszany przez Prawdę i wtedy patrzymy – a tam nic nie ma, nic żeśmy nie stracili, a zyskaliśmy, czy też przypomnieliśmy sobie wszystko.


    M: Teraz pytanie z trochę innej beczki. Porozmawiajmy o różnych wersjach Kursu, o Urtekście. Jak zapewne wiesz, w Ameryce tworzą się już pewne podziały w obrębie społeczności Kursowej, niektórzy uważają, że wersja Kursu wydana przez Foundation for Inner Peace jest „nie do
    zaakceptowania”. Co jest nie źle z oficjalna wersją?
    CU: Nic nie jest źle, wszystko jest dobrze.
    M: To po co Urtekst?
    CU: Każdy dokument duchowy, każdy termin rodzi kontrowersje i tak samo jest z Kursem. Jeżeli ktoś będzie szukał kontrowersji to je znajdzie, ale jeśli ktoś będzie szukał odpowiedzi też je znajdzie. Z Urtekstem zetknąłem się około roku 2000 i nie czułem, że coś było ukryte
    czy zabrane z oficjalnej wersji. Raczej miałem odczucie „O Boże, a więc to wszystko prawda”, to było dla mnie tylko dodatkowe potwierdzenie prawdziwości Kursu. Zresztą potem próbowałem wyjaśnić z Kenem (Wapnickiem) pewne wątpliwości, które miałem dlaczego niektóre rzeczy zostały pominięte. Ken odparł, że część rzeczy była przeznaczona tylko dla Helen.
    Czy usunięcie niektórych rzeczy z oficjalnej wersji końca pod wpływem inspiracji Jezusa? Nie wiem. Z drugiej strony traktuje Urtekst jako dodatkowe, nieobowiązkowe poszerzenie wiedzy o Kursie. Spójrz na to tak: gdyby Helen nie chciała aby jej notatki ujrzały światło dziennie, to
    nie oddałaby ich do Biblioteki Kongresu USA. Podsumowując – jeśli ktoś szuka kontrowersji, to oczywiście je znajdzie. Natomiast ja traktuję to jako dokument wyjściowy, z którego usunięto pewne informacje, ale nie ze złej woli, Fundacja wykonała wspaniałą robotę. Po prostu redaktorzy wykonali pewną pracę i zawsze można się zastanawiać czy można coś było zrobić inaczej. Wróćmy do najważniejszego – Jezus pokazał nam pewną drogę. Śmierci nie ma, nie ma się czego bać, trzeba nastawić się na praktykę przebaczania, a doświadczenie miłości Bożej samo przyjdzie.
    M: Czyli nie boisz się że Urtext i pewne błędy w nim zawarte mogą
    sprowadzić kogoś na manowce?
    CU: Nie.
    M: Ale są tam błędy, prawda?
    CU: To nie są błędy. To specyfika początkowych partii tekstu, gdy Helen dopiero oswajała się z otrzymywanym przekazem. To jak gdy odkręcasz kran w dawno nieużywanej instalacji i najpierw leci zabrudzona woda, a potem czysta. Helen początkowo, gdy usłyszała słowa Jezusa, wpadła
    w ogromny lęk, w końcu była osobą deklarującą się jako wojująca ateistka, a tu takie coś. Zatem na początku bywało, że Helen coś źle słyszała, ale Jezus często wracał do raz poruszanych tematów, aby coś poprawić. Te poprawki zostały naniesione. Zresztą dla mnie najważniejsze jest Wprowadzenie, wszystko inne jest tylko dodatkiem, ułatwieniem do tych dwóch pierwszych zdań. Ktoś nawet powiedział, że Kurs cały czas mówi to samo i można by wyrwać co druga kartkę i nadal byłoby to samo. A wiesz dlaczego? Bo Prawda jest holograficzna, każda jej część zawiera całość. W świecie dualizmu wszystko ma dwojaki użytek. Młotek może ci pomóc zbudować wspaniały dom, albo pozbawić kogoś życia. Tak niestety wygląda ten świat dualizmu. Zatem, zanim weźmiemy się za młotek, za Urtekst, czy cokolwiek innego, zawsze powinniśmy się pytać Ducha Świętego – „czy to jest dla nas?”, „Czy mi to jest potrzebne?”. Jeżeli będziemy kultywować taką postawę, aby pytać,
    prosić o przewodnictwo, wtedy nie zbłądzimy. W większości przypadków nie usłyszymy nic. Ale swoją postawą mówimy: „Oto jestem Panie. Prowadź”. I to jest najważniejszy cud (odczynienie oddzielenia) jaki ma się dokonać. We wszystkim: pytajmy się, prośmy o przewodnictwo,
    przebaczajmy. Po to jest ten Kurs. Aby ciągle nam przypominać, byśmy ciągle byli gotowi dla Boga. Oto jestem Panie. Prowadź.


  • Wywiad z Cezarym Urbańskim cz.1

    Pierwsza część wywiadu z Cezarym Urbańskim –
    tłumaczem pierwszego polskiego wydania Kursu Cudów.

    M: Jesteś autorem pierwszego polskiego tłumaczenia Kursu Cudów, wydanego w 2006 roku. Jak zaczęła się twoja przygoda z Kursem, od kiedy go studiujesz?

    CU: Tak dawno to było, 93 lub 94 rok. Jak w przypadku wielu poszukiwaczy duchowych, zmusił mnie do tego kryzys wewnętrzny. Tak to zazwyczaj jest, że gdy człowiek opływa w luksusy, dostatki, to nie myśli o duchowych sprawach. Tymczasem w moim życiu nie układało się najlepiej i za wszelką cenę chciałem by coś się zmieniło w moim życiu. Dotarło do mnie że niewiele wiem o sobie, nie wiem co mam dalej robić, gdzie jestem…

    M: Pamiętasz swoje pierwsze zetkniecie z Kursem?

    CU: Ciekawa sprawa, ponieważ byłem człowiekiem sceptycznym, nieufnym wobec metafizyki. Czego nie można dotknąć to nie istnieje i nie jest warte żadnych dociekań. Zrobiłem sobie bożka z nauki – to była moja religia. Dlatego wcześniej wspomniałem o moim kryzysie, ponieważ gdy przyznamy się do porażki, którą odnieśliśmy jako ego, w tym momencie otwiera się inna perspektywa. Moja depresja trwała dość długo, ale któregoś dnia miałem pewne wyjątkowo osobiste doznanie, którego nie da się dobrze opisać. Doznałem wewnętrznie istnienia Czegoś, czego nie jestem w stanie nazwać, ale jednocześnie nie byłem w stanie zaprzeczyć. Jest napisane w Kursie, że jeśli będziesz miał doświadczenie Bożej Miłości, to jest ono nieporównywalne z czymkolwiek innym. Tak właśnie było w moim przypadku. Oczywiście wówczas nie miałem zielonego pojęcia o Kursie. Natomiast miałem kolegę Dobrosława, z którym bawiliśmy się w wydawnictwo i to właśnie on dostał od Judy Skutch z Foundation for Inner Peace zadanie znalezienia tłumaczy, do dokonania polskiego przekładu. I pewnego razu siedziałem z Dobrosławem i mówię mu „Zastanawiam się na ile to wszystko co widzę jest rzeczywiste, a ile jest wytworem mojego myślenia” Na to on mówi „To mam dla ciebie ciekawą książkę”, no i dał mi ten amerykański Kurs Cudów. Wracając do domu zacząłem przeglądać i myślę „Boże, co to jest? Jakaś sekta czy coś?”. Przyszedłem do domu i rzuciłem książkę na półkę, gdzie przeleżała pół roku, bo wcale nie byłem do niej przekonany. Myślę, że kierował mną wtedy Duch Święty, bo nie byłem na nią jeszcze gotowy. Po tym mistycznym doznaniu, którego nie potrafię opisać, a które wywróciło mój światopogląd o 180 stopni, ale w pozytywnym aspekcie – było to doświadczenie totalnego przebaczenia i uwolnienia od lęku, które spowodowało jakby zrzucenie wielkiego ciężaru z pleców. Trudno to nazwać. To doznanie jest we mnie do tej pory. Owszem, z czasem wspomnienie przybladło, ale przez wiele lat pamięć o nim pomagała mi w życiu. Potem przytrafił mi się rozwód i rozstanie z dziećmi, co przeżyłem bardzo mocno. Po raz kolejny poczułem, że ziemia mi się rozstępuje pod nogami. Modliłem się wówczas modlitwą „Boże, użycz mi pogody ducha, Abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić,” to jest taka dość znana modlitwa. I ciekawa sprawa – gdzieś podświadomie liczyłem może na jakieś pocieszenie, czy odwrócenie problemu, a tymczasem usłyszałem w sobie bardzo wyraźne pytanie „Skąd wiesz, że to jest złe?” W ogóle nie prosiłem o to by ktoś powiedział czy to co mnie spotyka jest dobre czy złe, ale właśnie to pytanie usłyszałem.

    Byłem na tyle otwarty, że otrząsnąłem się i powtórzyłem sobie „Skąd wiem że to jest złe?”. Później się okazało, że wszystko się dobrze ułożyło – dzieci wyjechały do Niemiec, gdzie miały o wiele większe możliwości rozwoju, z których skorzystały.

    Któregoś wieczoru, nie miałem co robić, to myślę „Poczytam trochę, wezmę ołówek, wynotuję, to gruba książka, parę mądrości może znajdę”. Potem czytam zdanie z wprowadzenia, potem drugie trzecie i myślę „Kurczę! No przecież to jest to czego szukałem!” I bardzo szybko, w ciągu 15-20 minut podjąłem wtedy decyzję, że trzeba to przetłumaczyć. Od razu wiedziałem że muszę to przełożyć. I tak to się zaczęło. Codziennie tłumaczyłem po jednej stronie.

    M: Masz jakiś swój ulubiony fragment tekstu?

    CU: Myślę, że nie do pobicia jest Wprowadzenie. Podsumowuje wszystko co jest. Wiele innych pewnie by się znalazło, ale do tego wracam prawie codziennie – „Nic rzeczywistego nie może być zagrożone. Nie istnieje nic nierzeczywistego. Na tym polega pokój Boży”. To jest moje ulubione.

    M: Jakbyś w prostych słowach zareklamował Kurs, człowiekowi, który o nim nie słyszał?

    CU: Nigdy nie usiłowałem nakłonić nikogo by studiował Kurs.

    M: Ale czasem ktoś się zapyta o czym to jest..

    CU: Tak, zdarza się że ktoś czasem do mnie dzwoni i się pyta, ale to nie dzwonią ludzie przypadkowi. Zazwyczaj są to osoby, które interesują się duchowością i coś już na temat KC słyszały. Myślę, że nie ma co nastawiać się na docieranie do ludzi, bo najpierw sami musimy zaakceptować przesłanie dla siebie. I nauczanie powinno być nie werbalne, ale dając przykład. Ja sam wiem że mam wiele do nauczenia i z pokorą traktuje moją tutaj funkcję. Podoba mi się przykład Billa Thetforda, który w pewnym momencie się bardzo wycofał i po prostu zaczął chodzić na spotkania ludzi studiujących Kurs, siadał sobie w ostatnim rzędzie i słuchał tego co oni mówią, a oni nie mieli nawet pojęcia kim on jest. Uważam, że ta książka sobie doskonale sama radzi i trafia w powołane ręce, nawet jeśli początkowo wydają się niepowołane, a wokół Kursu tworzą się grupy z jakimiś guru, choć to podręcznik do samodzielnego studiowania. Niemniej zawsze jest to decyzja ludzi i oni sami są odpowiedzialni za to co studiują. Nic nie przychodzi do człowieka wbrew jego woli. Wszystko jest na nasze własne żądanie.

    Kurs jest bardziej praktyczny od Biblii, choćby ze względu na ćwiczenia, które, notabene, do dziś stanowią dla mnie duże wyzwanie, ale myślę, że na tym to polega – tu nie chodzi o to aby perfekcyjnie zrobić każdą lekcję, tylko popatrzeć jak na test projekcyjny naszej relacji z Jezusem, ostatecznie mamy do czynienia z Mistrzem, którego słowa studiujemy od wielu lat i on nam mówi: „pomyśl o tym co godzinę”, a my zapominamy i nic nie robimy…

    „Możesz z łatwością wyrobić w sobie nawyk angażowania się w Boga i Jego stworzenia, jeśli aktywnie będziesz odmawiał swojemu umysłowi zgody na błądzenie. Problemem nie jest brak koncentracji, lecz przeświadczenie, że nikt, włącznie z tobą, nie jest wart konsekwentnego wysiłku.”

    M: No właśnie, jak to jest? Czy tobie się udawało zrobić te Ćwiczenia jak trzeba? Pomyśleć co godzinę?

    CU: Powiem to, że nigdy mi się nie udawało, ale im bardziej się staramy, tym lepsze uzyskamy efekty. O tym się przekonałem i ciągle się o tym przekonuję. Naszym problemem jest brak zdyscyplinowania. Nie chcemy się zdyscyplinować, bo uważamy, iż nie zasługujemy na miłość. Jezus prosząc nas abyśmy myśleli o lekcji co godzinę mówi jak by było najlepiej. Ale tu nie chodzi, aby wpaść w doła i powiedzieć, „oj.. nie udało mi się sprostać, nie jestem w stanie zrobić prostego ćwiczenia”. Tu chodzi o przebaczanie, to jest drugie dno robienia lekcji, patrzymy z Jezusem w prawdzie na naszą sytuacje, demaskujemy ego i dzięki temu jesteśmy w stanie coraz bardziej się odeń zdystansować. Zatem tu nie chodzi o perfekcyjne zrobienie jakieś lekcji, tylko przebaczanie i o to do kogo się zwracamy. (c.d.n)

    „Kto podąża ze mną?”. To pytanie powinno być zadawane tysiąc razy dziennie, póki pewność nie położy kresu wątpliwościom i nie ustanowi pokoju. Dziś pozwól ustać wątpliwości. Bóg mówi dla ciebie, odpowiadając na twoje pytanie tymi słowy:

    Podążam z Bogiem w doskonałej świętości.

  • Blog Studenta „Kursu cudów” – Trzy Kroki Wyjścia

    Chciałbym polecić ciekawy artykuł jaki pojawił się na niedawno na stronie http://kurs-cudow.pl
    Poniżej fragment z tego artykułu a na dole link, gdzie można przeczytać całość.
    Polecam, bardzo ciekawa i pomocna treść


    (…) Wśród wielu wydarzeń tzw. naszego życia pojawiają się zarówno te przyjemne, jak i te przykre. Wszystkie one są oczywiście odbiciem zalegających w naszym umyśle treści. To jest wspaniałe zjawisko, gdyż dzięki niemu mamy znakomitą okazję poznać zakamarki naszej „podświadomości”. Kurs cudów podaje nam niezwykły sposób, jak na podobieństwo „sprzężenia zwrotnego” wykorzystać to, co widzimy, do oczyszczenia naszego umysłu. Po usunięciu ukrytej zasłony, zobaczymy, jaki jest prawdziwy, stworzony przez Boga świat. Zobaczymy także, kim my sami naprawdę jesteśmy. Przekonamy się, że tego świata nie ma, a my nie jesteśmy ciałami, ani też duszami siedzącymi we wnętrzu ciał. Zobaczymy także, jak „wygląda” sam Bóg.

    Tytułowe trzy kroki stosujemy do osób lub sytuacji, w których poczuliśmy wewnętrzny dyskomfort. Na przykład pewna osoba nas obraziła lub odniosła się do nas agresywnie. Jej zachowanie Kurs nazywa „pokusą”. Zwyczajowa reakcja to słowne lub wewnętrzne negatywne ocenienie osoby, tzw. „osądzenie”. Pozytywna reakcja wg Kursu to doskonała odmiana „przebaczenia” wykonanego w trzech krokach.

    Inna pokusa związana z osobą to np. choroba tej osoby. Zwyczajową i błędną reakcją na tę pokusę jest ubolewanie, martwienie się i inne negatywne myśli lub uczucia. Także i tutaj pozytywną reakcją wg Kursu jest doskonała odmiana „przebaczenia” wykonanego w trzech krokach.

    Z kolei sytuacja negatywna to np. jakieś nasze niepowodzenie, udział lub nawet bycie świadkiem bałaganu, niesprawiedliwości, tzw. zła społecznego itp. Na tego rodzaju pokusy zwyczajowo reagujemy niezadowoleniem, załamaniem, narzekaniem, krytykowaniem, ironizowaniem, złośliwymi uwagami, obwinianiem innych ludzi itp. Pozytywną reakcją wg Kursu jest doskonała odmiana „przebaczenia” wykonanego w trzech krokach.

    Pozostaje nam jeszcze odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwa reakcja na pokusy da nam możliwość pozbycia się halucynacji i poznania świata, siebie oraz Boga? Ponieważ doskonała odmiana „przebaczenia” wykonanego w trzech krokach usuwa zasłonę dzielącą nas od rzeczywistości. A ta zasłona znajduje się oczywiście w naszym umyśle. Jak mówi Kurs, w ten sposób „odczynimy” przeszkody dzielące nas od Boga.

    Jakie są więc trzy kroki wyjścia z powszechnej halucynacji? Przed ich zastosowaniem ważna jest decyzja, aby codzienna moja uwaga nastawiona była na pamiętanie tych kroków i pragnienie ich zastosowania do każdej osoby i sytuacji, która nasunie przypuszczenie, że jest pokusą i powinna być odpuszczona. W sekundzie, gdy widzę pokusę, przypominam sobie i zastosowuję następujące myśli:

    Krok 1. Wszystko co widzę, jest moim marzeniem sennym.
    Krok 2. Przebaczam wytworzonym przeze mnie obrazom i sobie samemu.
    Krok 3. Ufam Duchowi Świętemu i wybieram jego siłę.

    Więcej:

    http://kurs-cudow.pl/trzy-kroki-wyjscia-z-powszechnej-halucynacji

  • Wywiad z Billem Thetfordem – jedną z osób odpowiedzialnych za powstanie Kursu Cudów

    Wywiad z Billem Thetfordem – jedną z osób odpowiedzialnych za powstanie Kursu Cudów

    Wyjątkowa rozmowa z jedną z dwóch osób, które kryją się za powstaniem Kursu Cudów – jednego z najbardziej niezwykłych tekstów duchowych naszego wieku. Doktor Bill Thetford szeroko omawia jego rolę w spisywaniu Kursu oraz wpływ jaki ten tekst wywarł na niego, jego pracę w psychologii i prestiżowe stanowiska które obejmował: Profesora Psychologii Medycznej Uniwersytetu Kolumbijskiego oraz Dyrektora Wydziału Psychologii w Szpitalu Prezbiteriańskim w Nowym Jorku.

    New Realities: Byłeś jedną z dwóch osób odpowiedzialnych za spisywanie Kursu Cudów, jaki miało to wpływ na twoje życie?

    Thetford: Zmieniło to moje życie całkowicie. Przypominam sobie przepisywanie pierwszych pięćdziesięciu zasad cudów, który przyszły poprzez Helen Schucman jesienią 1965 roku, i uzmysłowiłem sobie, że jeśli ten materiał jest prawdziwy, to wszystko w co wcześniej wierzyłem będzie musiało zostać poddane pod wątpliwość – że będe musiał zrekonstruować cały mój system wierzeń.
    W tamym czasie myślałem że będzie to niemożliwe; nie wiedziałem jak mógłbym to zrobić. Jednak czułem że musze to zrobić, ponieważ materiał który Helen spisywała w początkowej fazie wydawał się być autentyczny i genialny. Byłem w szoku przez pewien czas, zastanawiając się jak mogłoby być możliwe zrobić taką wielką zmianę w mojej percepcji życia i świata.
    Później zrozumiałem że Bóg jest miłościwy i nie prosi nas o nagłe zmiany, jest czas w którym może powoli dokonywać się zmiana w postrzeganiu. Myślę że ważnym była moja chęć zmiany, a nie trudności w zrozumieniu materiału.

    I oczywiście, przeprowadziłem się ze środka Manhatanu, gdzie żyłem od 23 lat do Tiburon w Kalifornii – nawet przez myśl mi nie przeszło że takie coś się stanie. Przyzwyczaiłem się do bycia nowojorczykiem, i czułem że to miasto jest centrum Wszechświata i miejscem do którego należę. Ta przeprowadzka była chyba największym kulturowym szokiem jaki przeżyłem, było to nagłe przejście od zgiełku tętniącego życiem Nowego Jorku do spokoju Tiburon.
    W końcu też porzuciłem życie akademickie. Najpierw ustąpiłem z mojego stanowiska jako Dyrektor Działu Psychologii w Szpitalu Prezbytariańskim przy Kolumbijskim Prezbytariańskim Centrum Medycznym, i pare lat pozniej zrezygnowałem z pozycji Profesora Psychologii Medycznej na Uniwersytecie Kolumbijskim

    NR: Było to podyktowane chęcią poświecenia całego czasu na Kursowi, czy dążeniem do jakiegoś innego celu?

    T: Myśle że to była kombinacja tych dwóch. Po dwudziestu latach w Uniwersytecie Kolumbijskim poczułem że to jest czas na opuszczenie uczelni. Było czymś naturalnym zrezygnowanie, od kiedy Kurs został opublikowany

    NR: Jaka była dokładnie twoja rola w przepisywaniu Kursu? Czy ty też slyszales glos?

    T: Oboje z Helen wiedzieliśmy od początku że to było zadanie dla dwojga, chociaż ja nie słyszałem głosu. Od kiedy Helen słyszała wewnętrzny głos, była niezdolna do transkrypcji materiału samodzielnie ponieważ widziała, że zawartość Kursu wywołuje w niej duży lęk. Moją rolą było wspieranie jej i w razie konieczności dodawanie otuchy tak aby Helen mogła kontynuować pracę. Helen czytała mi materiał a ja przepisywałem go pod jej dyktando.

    NR: Odkąd Kurs kwestionował twoj system wierzeń, czemu nie odrzuciłeś go?

    T: No coż, mój intelekt pare razy się buntował. Ale to ja byłem tym, który prosił o inną, lepszą drogę w związku z bardzo stresującą sytuacją w pracy, w której ja i Helen próbowaliśmy funkcjonować. Kiedy materiał w Kursie Cudów zaczął się pojawiać, było dla mnie czymś oczywistym, że to była odpowiedź na moją prośbę, bardzo wyraźna odpowiedź. Więc odrzucenie Kursu albo nawet niedowierzanie nigdy nie wchodziło w rachubę.

    NR: Co konkretnie było w tym dla ciebie oczywiste, że to rzeczywiście była odpowiedź na twoją prośbę?

    T: Być może fakt, że to było zupełnie inne od drogi którą podążałęm przez całe moje życie. Autentyczność materiału uderzyła mnie ponad wszystko inne. Wiedziałem że Helen nie wymyśliła tego, nawet przy jej bardzo bujnej wyobraźni

    NR: Autentyczność….?

    T: No więc materiał był czymś co przekraczało cokolwiek co ja i Helen mogliśmy pojąć. I odkąd treść była całkowicie obca naszemu doświadczeniu i zainteresowaniu, było dla mnie oczywiste, że przyszło to z niezwykłego źródła. Jakość materiału była bardzo przekonywująca i jego poetyczne piękno dodawało mu mocy.

    NR: Wydaje się czymś bardzo niezwykłym, że ty ceniony psycholog, który dzierżył dwie bardzo prestiżowe pozycje zawodowe, mógł zajmować się tego typu materiałem biorąc pod uwagę twoje naukowe podejście, wykształcenie oraz dość sztywne akademickie doktryny, których na pewno przestrzegałeś.

    T: Myślę że gdyby nie było tylu niezwykłych doświadczeń, które miały miejsce latem 1965, ani ja ani Helen nie bylibyśmy w stanie zaakceptować materiału, które Helen spisywała. Pisałeś o niektórych doświadczeniach,na łamach New Realities, w relacji z nowej książki Roberta Skutcha – „Journey Without Distance, The Story Behind A Course in Miracles”. Chociaż nasze doświadczenie powiązane z kliniką Majo w Rochester w Minesocie, nie było przedstawione w New Realities. Możliwe, że jak w paru innych rzeczach, te serie zdarzeń sprecyzowały nowy kierunek którym podążyliśmy.

    NR: Zdarzenie w Mayo Clinic zdarzyło się we wrześniu, czy Kurs nie zaczął się we październiku?

    T: Tak. Byłem poproszony by pojechać do kliniki Mayo i sprawdzić dlaczego oni tam zarabiają pieniądze na pomocy psychologicznej, podczas gdy w Kolumbii wydawało się że ciągle pieniądze tracimy. Myślalem ze znałem odpowiedź na to pytanie ponieważ widzieliśmy ze naszymi glównymi pacientami byli ludzie ktorzy nie byli zdolni placić, a pacjenci Mayo byli ze średniej bądź wyższej klasy i płacili bez problemu. W każdym razie była to ważna wycieczka, i poprosiłem Helen żeby mi towarzyszyła.

    Przed wylotem – myślę, że było to noc wcześniej – Helen miala bardzo dziwną wizje kościoła, którą opisała mi z duzymi szczegółami, nawet zrobila szkic. Byl to stary kościół z wieloma wieżami. Pomyślała, że mógł to być kościół luterański. Była przekonana, że w jakiś sposób moglibyśmy zobaczyć ten kosciol z samolotu, kiedy lądowalismy na lotnisku w Rochester. To oczywiście było raczej niemożliwe, ponieważ kościoły nie są budowane blisko lotnisk. W każdym razie wyglądaliśmy przez okna w skupieniu podczas lądowania, ale niesety nie bylo widać żadnego kościoła, co bardzo rozczarowało Helen. Helen była tak zmartwiona nie znalezieniem kościoła, że nie widziałem nadziei w załatwieniu naszych spraw z kliniką, dopóki jakoś niezałatwimy tej sprawy. Raczej desperacko zasugerowałem Helen żebyśmy wynajęli taxi i zobaczyli czy uda nam się znaleźć jej kościół gdzieś w miejskiej okolicy Rochester.

    Więc razem z Helen wyruszyliśmy na polowanie na kościoły. Na początku pomyśleliśmy, że moglibyśmy ograniczyć nasze poszukiwania do kościołów luterańskich. Wydaje mi się, że znaleźliśmy takie dwa, ale żaden z nich nie pasował do obrazów widzianych przez Helen. Późnniej zdecydowaliśmy że moglibyśmy również zobaczyć inne kościoły. Myślę że było ich dwadzieścia siedem w okolicy Rochester. Żaden z nich nie był ani troche podobny do tych z tego co widziała Helen. Oczywiście Helen była troche zdruzgotana, ale wzieliśmy się w garść i zaczęlismy się przygotowywać do nadchodzącego biznesowego dnia.

    Następnego dnia kiedy z sukcesem skończyliśmy nasze badania, Helen i ja zaczęliśmy przygotowywać się do opuszczenia hotelu. Zszedłem na dół do recepcji, żeby poczekać na nią z bagażem, i zauważywszy ulotke zdecydowałem się ją przejrzeć. Zamiast niej zobaczyłem małą książeczkę zatytułowaną „Historia Kliniki Mayo”. Pomyślałem że fajnie by było mieć pamiątke z naszej wizyty i kupiłem ją za dolara. Kiedy przekartkowałem ją bardzo szybko , zobaczyłem zdjęcie starego kościoła Helen, dokładnie takiego jak opisywała z wszystkimi wieżyczkami i filarami. Był to nawet luterański kościół. Jedyny problem był taki że kościół został zburzony, a klinika Majo została zbudowana na dawnym miejscu kościoła – nie mogłem się doczekać by powiedzieć o tym Helen.

    Kiedy zeszła na dół, powiedziałem szybko: „Helen tak naprawdę nie zwariowałaś. Twój kościół tu był, ale już nie istnieje. Kiedy myślałaś, że patrzyłaś na niego z góry z samolotu, tak naprawdę patrzyłaś w miejsce w którym on stał ale dawno temu. Helen okazała ciekawe połączenie emocji. Z jednej strony poczuła ulge, że tak naprawdę nie zwariowała, ale z drugiej było jasne że Helen ma do czynienia z czymś, co postrzegała jako wysoce niezwykłe i nietypowe, a to był obszar w którym nie czuła się za dobrze.

    W naszej drodze powrotnej do Nowego Jorku, musieliśmy zmienić samolot w Chicago. Kiedy siedzieliśmy w poczekalni, Helen spostrzegła młodą kobietę czytającą gazetę, która wyglądała dość nieszczęśliwie, jak często wyglądają ludzie którzy czekają na samolot na lotnisku. Zdziwiłem się gdy Helen powiedziała do mnie „Popatrz na tamtą kobietę, chyba jest w poważnych tarapatach – pewnie ma dużo problemów”. Helen chciała podejść do niej i porozmawiać. Jak się okazało,kobieta która miała na imię Charlotte, nigdy wcześniej nie leciała samolotem. Leciała liniami Ozark do Chicago a później do Nowego Jorku, i była w panice. Nie miała pojęcia o Nowym Jorku. Później dowiedzieliśmy się że zostawiła swojego męża i dwoje dzieci i była w wielkim stresie.

    Charlotte miała rezerwacje w tym samym samolocie co my. Podczas lotu siedzieliśmy przy niej i trzymaliśmy ją za rękę próbując ją uspokoić i pocieszyć. Zapytaliśmy gdzie miała zamiar zatrzymać się w Nowym Jorku, wkońcu nie znała tam nikogo. Powiedziała że jest luterianką i myślała że mogłaby się skontaktować z kościołem luteriańskim i w jakiś sposób pomogliby jej znaleźć miejsce dla niej w mieście. W tym momoencie Helen i ja wymieniliśmy spojrzenia, wiadomość była oczywista dla nas, wtedy Helen usłyszała swój wewnętrzny głos, który powiedział „I to jest mój prawdziwy kościół, pomoc twojemu bratu, który jest w potrzebie; nie budowla, którą widziałaś wcześniej”. Głos ten stał się dla nas bardzo znajomy, kiedy Kurs zaczął się pare tygodni później w październiku.

    Tłumaczenie fragmentu wywiadu ze strony: http://acim-archives.org/Scribes/interviews/Bill-Apr1984.html
    Przetłumaczył : jpack

  • Opowieść o początku.

    Krótka historia, która pomoże zrozumieć metafizykę Kursu Cudów. Proszę pamiętać, że jest to uproszczone spojrzenie, celem łatwiejszego zrozumienia.

    Zacznijmy od początku:

    Istnieje Umysł. Ów umysł nie jest umieszczony ani w czasie ani przestrzeni. Jest pozaczasowy i pozaprzestrzenny. Nie da się go dokładnie określić, wiadomo że jest wieczny, doskonały, jest pełen Miłości i Radości, nie ma początku i końca. Jest kreatywny. Umysł ten jest czymś co zazwyczaj określamy jako Bóg. (słowa Umysł/Bóg będe uzywał zamiennie, proszę pamiętac, ze słowa są tylko niewyraźnymi symbolami i pokracznie oddają rzeczywistość metafizyczną)
    Bóg jest Jeden i nie ma nic co nie jest Bogiem. BÓG JEST i jest wszystkim co Jest.

    Powstaje SYN BOŻY

    Będąc kreatywnym Umysł/Bóg stworzył umysł, który był jego częścią.
    Trudno to prosto wyjaśnić przyjmijmy że Bóg Ojciec stworzył Syna Bożego. Syn Boży, to taki sam Umysł co do istoty jak umysł Boga, będący nierozróżnialną częścią umysłu Boga.
    Syn Boży jest doskonały i kreatywny, istnieje w Bogu i jest jednością z Bogiem. Mówiąc prostym językiem Ojciec i Syn żyli w stanie doskonałości w niefizycznym niebie.
    I tu zaczyna się jazda.

    POWSTAJE ILUZJA TEGO ŚWIATA

    Umysł Syna Bożego tak samo jak umysł Ojca, jest kreatywny. W pewnym momencie Syn Boży miał myśl – co by było gdybym nie był razem z Ojcem, gdybym był ODDZIELNIE?
    I tu nastąpiła mała katastrofa. Ponieważ Umysł Syna natychmiast kreuje(wyobraża) to o czym myśli, w wyniki tej pierwszej myśli o ODDZIELENIU, powstało iluzoryczne miejsce, gdzie Syn Boży mógł doświadczyć siebie jako czegoś oddzielnego.
    W Boskiej rzeczywistości, wygląda to tak, że cześć umysłu Syna zapadła w sen, podzieliła się na niezliczone  rzesze umysłów istot (rzekomo) żyjących odrębnie w świecie fizycznym.

    *** Mała dygresja – przypowieść o synu marnotrawnym jest daleką alegorią powyższej historii – syn który chce żyć na
    własny rachunek, odchodzi od ojca i jest mu źle. Również to, że zapadamy codziennie w sen, gdzie jedna część umysłu snuje Iluzje a druga w nią wierzy, jest podpowiedzią  rozwiązania zagadki świata, którą mamy od ZAWSZE pod nosem.

    Kilka Faktów
    Bóg nie stworzył tego świata. Stworzył go umysł Syna, śniącego o byciu ODDZIELNYM od Boga. Umysł ten obecny jest we wszystkich istotach zasiedlających ten sen. My o tym nie wiemy, ale wszystko co czujemy i co robimy jest odczuwane przez ów śniący Umysł. My jesteśmy tym umysłem, śniącym różne sny o byciu różnymi ludźmi, istotami, etc…

    Na scenie pojawia się EGO

    Gdy umysł Syna wkroczył w świat iluzji separacji, pojawiło się EGO. Najprościej ujmując ego jest fałszywym wierzeniem
    o tym że jesteśmy indywidualnościami. Ego jest kontynuacją i podtrzymaniem pierwszej myśli o Oddzieleniu. Cześć umysłu Syna Bożego wierzy w ego i wierzy w swoją odrębność. Ego snuje iluzje, które przekonują umysł ze jest on odrębny od Boga, niedoskonały, żyje w fizycznym świecie.

    Działalność EGO

    Emocje i lęki przywiązują ludzi do Iluzji. Ego stosuje zasadę kija i marchewki, aby utrzymać umysł w śnieniu. Kijem jest kontrola za pomocą strachu – ego przekonuje umysł, ze jest sam w groźnym świecie na pastwie przypadkowych zdarzeń i złych ludzi… Ego „podpowiada” umysłowi jak powinien się zachowywać aby przeżyć, jednocześnie kłując go widłami strachu „zobacz jak się stoczyłeś, Bóg cie ukarze, jesteś niegodny..” itp… Ponieważ wieczną cechą umysłu jest kreatywność, tworzy się z tego zaklęta negatywna spirala… umysł wierzy ze jest świat jest zły i że nadejdzie kara wiec, podświadomość (odpowiedzialną za kreowanie zdarzeń w iluzji) stwarza takie sytuacje które utwierdzają go w przekonaniu że się nie myli.
    Marchewką są zaszczyty i bogactwa tego świata – umysł goni iluzoryczne szczęście przez całe życie. Ulubionym trickiem ego jest „rywalizacja”. Ego podpowiada „udowodnij innym, ze jesteś dobry”, „rusz się do roboty”,
    „zwyciężaj, nie bądź przegranym”.
    I tak umysł konkuruje sam ze sobą w chocholim tańcu iluzji. Zapomniawszy o swoim dziedzictwie, kreatywności, nieśmiertelności, zaabsorbowany jedynie tym, aby utrzymać się na powierzchni, pośród wielu innych fragmentów siebie samego, tak samo zaczadzonych ego.

    Rola duchowości.

    Z ego można się wyleczyć jest to proste, choć niełatwe. Lekiem na ego jest wybaczanie i nieosądzanie innych. Dzięki temu unikamy złych emocji, które przywiązują do Iluzji.
    Jezus, Budda i wielu innych mistrzów, odnalazło Prawdę – uświadomili sobie iluzoryczność tego świata i to że są współistotni z Bogiem.

    Ich nauki podpowiadają jak przypomnieć sobie o tym ze jest się Synem Bożym.
    W naszej kulturze przebudzenie ze snu fizycznego nazywa się „świadomością Chrystusową”, na wschodzie mowa jest o
    nirwanie. Te różne terminy znaczą to samo – wyzbycie się ego i powrót do Jedności z Bogiem.
    Dla ego jest to śmiertelna groźba. Dlatego ego robi wszystko, aby odwrócić uwagę umysłu od duchowości.
    Wzbudza lęk umysłu, sugerując ze pozbycie się ego (fałszywego wierzenia) spowoduje likwidacje umysłu. Gdy zachodni człowiek usłyszy coś o nirwanie, stopieniu się z Bogiem, automatycznie pomyśli o utracie indywidualności i odrzuci ten koncept.
    Ze „świadomością Chrystusową” i świadectwem Jezusa, ego wybrało inną drogę. Uczyniło z Jezusa niedościgniony ideał, jednocześnie dołując umysł, mówiąc „jesteś niegodny równać się z nim, nie rób nic, czekaj aż on cie zbawi”. Po czym podaje fałszywe ścieżki – oceniaj innych, widzisz zło w świecie – to sprawka szatana – osądź je, nie wybaczaj, to ludzkie.
    Tymczasem wszelkie zło w świecie pochodzi od EGO!

    ***

    PS
    Nawet w Nowym Testamencie przetrwało kilka fragmentów tekstu, gdzie Jezus stwierdza ze jego droga jest dla wszystkich i każdy może uczynić to co on. Stwierdza też ze Bóg jest w każdym z nas. O wybaczaniu i miłości bliźniego nie będę nawet wspominał, każdy wie co jest napisane i jak to się ma do życia codziennego….

  • Kurs Cudów – wprowadzenie.

    Witajcie na stronie poświęconej Duchowości ze szczególnym uwzględnieniem zasad duchowych wyłożonych w  książkach „Kursu Cudów” i „Zniknięcia Wszechświata” .

    Zapraszam!

    Kilka słów wprowadzenia o Kursie Cudów:

    Moje osobiste doświadczenia są takie, że Kurs pomaga zrozumieć naturę otaczającego świata i odpowiada na najważniejsze pytanie „Kim jestem i co tu robię?” Jego celem jest oświecenie umysłu, środkiem zaś Miłość i Wybaczanie. Zwiększa spokój i harmonie w życiu. Dopiero zaczynam przygodę z tą książką. Kurs studiuje sie latami i dziesięcioleciami, wiec jeszcze wiele przede mną

    Książka ma 1300 stron i jest napisana dość trudnym językiem. To działanie celowe, ponieważ nie powinno się jej czytać „na szybko”. Wiele jest różnych nieporozumień co do tego czym jest Kurs Cudów.
    Najpierw trzeba napisać czym on nie jest. Nie jest to podręcznik jak polepszyć sobie byt materialny, czy uzdrowić się, osiągnąć sukces w świecie itp… Od tego jest wiele innych książek, poza tym Kurs celuje w coś o wiele cenniejszego i bardziej wartościowego niż ziemskie zabawki czy sukcesy.
    KC jest treningiem umysłowym a jego celem jest pomoc w Oświeceniu – uświadomieniu sobie swojej prawdziwej natury, którą jest Miłość i Jedność z Bogiem.
    I samo w to jest niezwykle cenne. Efektami „ubocznymi” kursu, jest większy spokój duchowy, mniej leku, więcej miłości. Czyli same plusy..
    Minusem (jeśli można tak to określić) jest fakt, że Kurs wymaga. Wymaga, aby podejść do sprawy poważnie i systematycznie – niewiele zdziałamy, jeśli będziemy czytać po łebkach, raz na kilka dni, i zapominać o stosowaniu przebaczenia i miłości bliźniego…

    Garść historii

    Kurs Cudów(w skrócie KC), został podyktowany pewnej pani psycholog w Nowym Jorku pod koniec lat 60-tych. A dyktował jej głos, który przedstawił się jako Jezus! (wiem co Czytelniku pomyślisz w tym momencie – jeśli wywracasz oczami z politowaniem nad moją naiwnością, to masz prawo w tym momencie – ale posłuchaj dalej mojej opowieści).

    Byłem sceptyczny co do „autora” tego dzieła i tego czym ono naprawdę jest. Ale gdy wczytałem się w Kurs, ze zdumieniem stwierdziłem, że nie mógłby go napisać nikt inny poza Jezusem. Ta książka jest tak zdumiewająca, tak fantastyczna i tak dobrze łączy zaawansowaną psychologię, duchowość i metafizykę, że mucha nie siada. Do tej pory sprzedało się ponad dwa miliony egzemplarzy KC i jest on często nazywany chrześcijańskim buddyzmem. Jest to ścieżka duchowa dla ludzi, którzy chcą osiągnąć szczęście, pokój ducha i naśladować Jezusa.

    Kurs Cudów naucza, że każdy człowiek jest częścią doskonałego Boga, jest czystą Miłością. To zgadza się nawet z tym co Jezus naucza w Biblii, gdzie wprost mówił „Bogami jesteście„(Jan 10:34), mówił też, że każdy może dokonywać takich cudów jak on i być jak on(Jezus). Tylko Kościół fałszywie zinterpretował jego posłanie i zrobił z niego niedościgniony ideał, „jedynego Syna” Boga, co jest nieprawdą. Każdy jest ukochanym dzieckiem Boga i nikogo Bóg nie kocha więcej od innego. Doskonała Miłość jest zawsze dawana maksymalnie.

    Kurs naucza „Wszystkie wyrazy Miłości są maksymalne” stwierdza również, że nie da się „nauczyć Miłości” bo jest to poza tym co da się nauczyć. Lecz mówi też, że każdy człowiek, już jest doskonałą Miłością, lecz nie widzi tego bo zasłaniają to blokady Miłości.

    Blokadami miłości są wszelkie negatywne rzeczy – strach, gniew, złość, smutek, i tak dalej… wszystko to jest domeną ego* Źródłem Miłości jest Bóg, który sam jest doskonałą Miłością.

    ( *ego według Kursu to przeciwieństwo Miłości. Ego jest myślą , wiarą w to że „jestem sam na świecie, Bóg mi nie pomoże, każdy każdemu jest wilkiem, etc”)

    Co trzeba zrobić (i co jest celem Kursu) to usunąć blokady, które przeszkadzają nam w odczuwaniu Miłości i w byciu Nią. „Cudem” w kursie jest nazwana każda poprawna myśl, która przybliża cię do twojej prawdziwej tożsamości. Największym narzędziem do usuwania blokad jest Przebaczanie. Kurs naucza, że każda negatywna emocja wynika z jakieś formy nieprzebaczenia. Wszystko to blokuje źródło Miłości i sprawia, że ten świat jest taki jaki jest.

    To nie jest sekta, to podręcznik do samodzielnego studiowania – nie ma kościoła, kapłanów, itd.. Niestety zdarzyło się, że niektóre sekty podszywają się pod KC i wypaczają jego nauki (mimo ze jest wyraźnie napisane w nim, że to podręcznik do samodzielnego studiowania) – nie ma to jednak nic wspólnego z prawdziwym przesłanie KC, jakim jest Miłość bliźniego i przebaczenie. Kurs Cudów to ścieżka duchowa dla osób poważnie myślących o swoim rozwoju duchowym.